sobota, 15 lipca 2017

Die Walküre, 21 maja, Wiener Staatsoper

Za chwilę startuje festiwal wagnerowski w Bayreuth, którego w tym roku z racji doskwierającego braku czasu niestety nie będę mógł śledzić. Kto z państwa będzie będzie podsłuchiwał bądź też podpatrywał tegoroczne zmagania na Zielonym Wzgórzu, temu proponuję zwrócić uwagę na "Walkirię", w której rolę Zyglindy zaśpiewa Camilla Nylund.

Rolę tę Finka śpiewa od czterech lat, debiutowała w Wiener Staatsoper i w maju wróciła na wiedeńską scenę właśnie w kreacji Walkirii. To, co zobaczyła wiedeńska publiczność, musi rozbudzić apetyty melomanów czekających na Tetralogię w Bayreuth. Krystaliczny, zmysłowy, silny sopran, w którym tu i ówdzie spostrzec bądź dosłyszeć można rys cierpienia. Nylund przygotowała Zyglindę starannie w najdrobniejszych szczegółach. Precyzyjna jest nie tylko wokalnie, ale też aktorsko. Tu zresztą pochwała należy się reżyserowi Svenowi-Ericowi Bechtolfowi, który potraktował z należnym szacunkiem libretto. Można odnieść wrażenie, że prowadzeni przez Bechtolfa soliści wiernie oddają nie tylko zamysły wagnerowskiego tekstu. Działania sceniczne współgrają bowiem z warstwą muzyczną. Narzekanie na reżyserów nie znających partytur stało się chlebem powszednim. A tu Sven-Eric Bechtolf najwyraźniej daje dowód, że odrobił lekcję z leitmotivów "Pierścienia".
Szacunek do libretta nie oznacza, że na scenie zobaczymy scenografię rodem z początków zeszłego stulecia, kiedy to królował przepych i moda na baśniowe kreacje. "Walkiria" Bechtolfa dzieje się w scenerii uniwersalnej, bez konkretnego umiejscowienia czasowego. Realizatorom bliżej do swoistego minimalizmu, ascezy, którą ożywia wprowadzenie pojedynczych elementów (martwy wilk, efektowny płaszcz Fricki z pawich piór, włócznia i ciemny oczodół Wotana). Niestety niekiedy owa sceniczna oszczędność sprawia, że akcja miejscami wydaje się zbyt statyczna. Najciężej chyba przebrnąć przez akt trzeci, w którym nawet czar ognia nie wypada specjalnie efektownie. Owszem, wyświetlające się na końskich figurach płomienie są bardzo plastyczne, ale efekt wizualny jest świeży tylko przez chwilę. Zdecydowanie ciekawiej realizatorzy zaprojektowali dworzyszcze Hundinga w akcie pierwszym i Walhallę w akcie drugim.

Wspomniana Camilla Nylund miała też u swego boku wspaniałych partnerów. Petra Lang to wreszcie Brunhilda, której nie można nic zarzucić. Przyznam, że zaskoczyła mnie niezwykle śmiałym, brawurowym wejściem w sławnym Hojotoho. Wcześniej znałem ją raczej z dokonań mezzosopranowych. Niski rejestr śpiewaczka ta ma rzeczywiście imponujący, ale jak się okazuje górna część skali nie sprawia jej również żadnych kłopotów.

Miło mi było usłyszeć w Wiedniu również mojego ulubionego tenora wagnerowskiego. Roberta Deana Smitha można powoli zaliczać do weteranów, a jednak możliwości głosowe Amerykanina wciąż predysponują go do śpiewania najbardziej bohaterskich ról niemieckiego repertuaru. Rywal Zygmunta - Hunding dostał się z kolei śpiewakowi bardzo młodemu. Ale wiek nie przeszkodził Jongminowi Parkowi w stworzeniu przejmującej, miejscami elektryzującej czy wręcz demonicznej postaci. Nie zawiódł wreszcie Wotan. To rola niezmiernie trudna - zwłaszcza pamięciowo - dlatego zawsze podziwiam śpiewaków, którzy potrafią ją przygotować wprost bezbłędnie, tak jak to uczynił Thomas Johannes Mayer. Tego śpiewaka również usłyszy widownia tegorocznego Bayreuther Festspiele. Mayer zaśpiewa tam jednak tylko Wędrowca w "Zygfrydzie".

klip: Camilla Nylund w repertuarze pieśniarskim

niedziela, 4 czerwca 2017

Die Götterdämmerung, Nürnberg, 4 czerwca


Doczekałem wreszcie ostatniej części Wagnerowskiej Tetralogii w wykonaniu norymberskiego zespołu pod batutą Marcusa Boscha. Upadek Walhalli dopełnił się, pierścień Nibelungów pochłonęły wody Renu, na ziemi pozostali już tylko przedstawiciele ludzkiej rasy.
Załóżmy, że cały nordycki panteon wraz z zastępem bohaterów istniał naprawdę. Gdyby mogli oni odśpiewać swą historię, otrzymalibyśmy pewnie najlepszy "Pierścień" w historii opery. Tymczasem operomani na całym świecie muszą zadowolić się teatralnymi dokonaniami zwykłych śmiertelników, spośród których nieliczni tylko zbliżają się do legendarnych bohaterów. Najbliżej Walhalli w Norymberdze był Antonio Yang, który w "Zmierzchu bogów" zaśpiewał Alberyka. Tym samym wystąpił we wszystkich częściach Tetralogii (w "Walkirii" i "Zygfrydzie" był Wotanem).
"Zmierzch bogów" był też niestety zmierzchem śpiewaków. Ostatnie ogniwo Tetralogii pod względem wokalnym wypadło w Norymberdze najgorzej. Poza wspomnianym Yangiem, który wszak pojawia się zaledwie w jednej scenie, godny uwagi był właściwie tylko Zygfryd Jürgena Müllera. Ten wielce doświadczony artysta z całej trójki heldentenorów, którzy pojawili się w tym Ringu najlepiej chyba pasował do powierzonej mu roli. Tilmann Unger (Zygmunt) brzmiał młodzieńczo, ale nie miał odpowiedniej mocy, nasycenia głosu. Vincent Wolfsteiner (Zygfryd w "Zygfrydzie") miał odpowiednią moc, ale brakowało mu urody brzmienia. Müller zaś łączy obie cechy. Od Zygfryda w "Zmierzchu bogów" Wagner wymaga, by ten, występując pod postacią Gunthera w scenie uprowadzenia Brunhildy, zmienił głos. Nie wszystkim tenorom udaje się spełnić wskazówkę kompozytora wyraziście. Müller radzi sobie z tym dobrze. Przebrany za Gibichunga gubi gdzieś słoneczny blask, by potem na nowo olśnić słuchaczy. Niestety rola okazała się nieco zbyt wyczerpująca. W trzecim akcie bowiem, Zygfryd wyraźnie niedomaga. Na śmierci Zygfryda należałoby w zasadzie poprzestać. Scena bowiem od tego momentu należy do Hagena i Brunhildy. Niestety zaangażowani do tych ról śpiewacy w całej obsadzie prezentowali się najgorzej. Pavel Shmulevich to głos na Hagena za mały i zupełnie nie diaboliczny, a wszak syn Alberyka to charakter najczarniejszy z czarnych. Z kolei w przypadku Brunhildy odbiorca może być już znudzony po raz trzeci słuchając dramatycznej walki z najwyższymi dźwiękami. Reszta obsady zaprezentowała się dość przeciętnie. Szczęściem na wysokości zadania stanęli filharmonicy norymberscy bod batutą wspomnianego już Marcusa Boscha.


wtorek, 30 maja 2017

Siegfried, 28 maja 2017, Nürnberg

Wotan utrudzony


Jak już pisałem przy okazji "Złota Renu", bliskość Bayreuth nie jest wyznacznikiem stopnia muzycznej doskonałości. Być może w przypadku "Pierścienia" granego właśnie w Norymberdze da się zauważyć inną prawidłowość, mianowicie: w miarę zbliżania się ku nieuchronnej klęsce bogów Asgardu, zespół pod batutą Marcusa Bosha robi coraz lepsze wrażenie. Mowa tu zarówno o orkiestrze jak i solistach. Do chwalonego przeze mnie od początku Antonio Yanga dołącza wreszcie kilku równorzędnych partnerów. Mam tu przede wszystkim Mimego, Alberyka i Leśnego Ptaszka. Wypada jednak najpierw parę słów napisać o wykonawcy partii tytułowej.

Vincent Wolfsteiner to głos typowo bohaterski, odpowiedni do roli Zygfryda. Mankamentem mogą być tu uroda brzmienia (bliżej tu czasem do Mimego niż Zygfryda), nieco ściśnięty na początku dźwięk i nie dające się zatrzeć wrażenie, że ten Zygfryd nie ma 20, lecz raczej 50 lat. To wszystko Wolfsteiner naprawia czystością intonacyjną, precyzją i siłą. Otrzymujemy w efekcie Zygfryda bardzo wysokiej próby.

W pierwszym i drugim akcie słuchacz dostaje dwa swoiste pojedynki na głosy. W obu uczestniczy wspomniany koreański baryton Antonio Yang i w obu dostaje wreszcie godnych współzawodników. Pierwszy z pojedynków to oczywiście spotkanie Wędrowca (Wotana) z kowalem Mimem. Hansa Kittelmanna już w tej roli słyszeliśmy w "Złocie Renu", dopiero jednak tutaj tenor charakterystyczny może pokazać całą paletę możliwości. Największe zalety tego śpiewaka, to znakomite czucie wagnerowskiej frazy i świetna modulacja - sekret wyrazistości baśniowego karła. Drugim z antagonistów jest monumentalnie brzmiący Alberyk. Dzięki kreacji Stefana Stolla na chwilę przygasa gwiazda Wotana. Pamiętajmy jednak, że w Zygfrydzie naczelnik Walhalli jest tu już bogiem utrudzonym.

W kobiecej obsadzie przoduje zdecydowanie Ina Yoshikawa, niezwykle efektowna odtwórczyni roli Leśnego Ptaszka. Zawodzi natomiast, jeszcze bardziej niż w "Walkirii", Rachael Tovey jako Brunhilda. Angielka praktycznie cały czas jest pod dźwiękiem. Wysoki rejestr jest tu widocznym problemem sopranistki. Nie wróży to dobrze przed "Zmierzchem Bogów", gdzie wszak Brunhilda do śpiewania ma bardzo dużo.


Klip: urywek spektaklu pokazuje, że lepiej ograniczyć się do transmisji radiowej.

piątek, 26 maja 2017

Die Walküre, 25 maja, Nürnberg

Wotan nadszedł


Śpieszę z relacją z kolejnego ogniwa tetralogii Wagnera transmitowanej właśnie przez radiofonię bawarską. Nastąpiła tu zapowiadana przeze mnie w poprzednim poście zamiana. Rolę Wotana przejął Antonio Yang, który w "Złocie Renu" śpiewał Alberyka. Spodziewałem się, że koreański baryton do roli najważniejszego z bogów nadaje się idealnie i czwartkowa transmisja z Norymbergi w pełni potwierdziła moje oczekiwania. Odpowiedni Wotan nadszedł.

Yang jest Wotanem kompletnym. Zacznijmy od brzmienia. Głos lekko nosowy, bardzo ciepły, kojarzy się ze starym, szlachetnym drewnem. Dolny rejestr tego śpiewaka działa jak lek uspokajający. Choć trzeba przyznać, że jako surowy ojciec Wotan Yanga jest bardzo przekonujący. Groźny, agresywny ton płynnie przechodzi jednak w łagodność, która promienieje w scenie pożegnania (Leb' wohl, du kühnes, herrliches Kind!). Jest też jeszcze Wotan zrezygnowany i przygnębiony - w akcie drugim. Koreańczyk nadto świetnie radzi sobie z dykcją. Trzeba przyznać, że śpiewak ten jest prawdziwym filarem norymberskiej "Walkirii". Żaden z pozostałych członków obsady niestety nie dosięga jego poziomu.

Tilmannowi Ungerowi bliżej jest jednak do Logego, którego kilka dni wcześniej śpiewał w "Złocie Renu" niż do Zygmunta. Z bohaterską rolą radzi sobie nie najgorzej. Jest tu odpowiedni wolumen, ale głos często staje się nieco ściśnięty, a w najwyższych tonach boleśnie napięty. Wielkiego duetu miłosnego z jego udziałem słucha się całkiem przyjemnie. Jest w tym fragmencie emocjonalna prawda i pomimo niedomagań (również Zyglindy) finał pierwszego aktu wypada pięknie.

Rachael Tovey to etatowy sopran dramatyczny opery norymberskiej. Ma w repertuarze m.in. Elektrę czy Turnadot. Ja jednak odniosłem wrażenie, że do roli Brunhildy jest to głos nieco za mały. Owszem, dynamika, barwa, swoista pełnia brzmienia sugerują, że śpiewaczka ta może mierzyć się z rolą wotanowej córki. Ale głos ten wymienione zalety prezentuje przede wszystkim w średnicy. A przecież to górny rejestr Brunhildy poznajemy już na wejściu. I właśnie sławne Hojotoho na "dzień dobry" sprawia zawód. Tovey jest pod dźwiękiem, a do najwyższych tonów zbiera się z wyraźnym wysiłkiem.

Norymberską Brunhildę oceniam wszakże wyżej niż Zyglindę. Kreująca ją Katrin Adel jest nieco zbyt spazmatyczna. Również dla niej pewnym kłopotem jest wyrównane i czyste brzmienie w najwyższym rejestrze. Niemiecka sopranistka ma jednak całkiem dobre momenty. Niedomagania tego głosu nie wpływają znacząco na całokształt wrażeń estetycznych.

Warto jeszcze powtórzyć pochwały pod adresem Roswithy Christiny Müller, zaś miłośnikom ponurych pohukiwań Hundinga musi wystarczyć dość sztampowa kreacja Jensa Waldiga. Na koniec dodajmy, że filharmonicy norymberscy pod batutą Marcusa Boscha zagrali wreszcie z większym nerwem, choć zdarzały się w tej "Walkirii" momenty drobnego chaosu brzmieniowego.


Dziś na koniec w nagraniu - Antonio Yang. Tym razem "Holender Tułacz". Nagranie potwierdza wagnerowski "nerw" tego śpiewaka. Polecam!

środa, 24 maja 2017

Das Rheingold, Nürnberg, 23 maja 2017

Wotan dopiero nadejdzie


Polak w roli Wotana? Pierwsze skojarzenie - Tomasz Konieczny. Tymczasem w operze w Norymberdze tę wielce prestiżową rolę w "Złocie Renu" powierzono Mikołajowi Zalasińskiemu. Przyznam, że było to dla mnie pewne zaskoczenie. Jakkolwiek zdarzyło się naszemu barytonowi śpiewać już Jochanaana czy Telramunda, to jednak głos pana Zalasińskiego kojarzyć się musi przede wszystkim z repertuarem włoskim. Z tym większym zainteresowaniem podszedłem do transmisji radia bawarskiego.

Norymberga leży w Bawarii. Do świątyni Wagnera w Bayreuth jest stąd niespełna sto kilometrów. Wydawać by się mogło, że im bliżej Zielonego Wzgórza, tym lepsze powinny być wagnerowskie produkcje teatralne. Niestety w ten sposób to nie działa. I słuchacz norymberskiego "Złota Renu" może stwierdzić to już od pierwszych taktów. Sławetne akordy, którymi zaczyna się tetralogia nie zabrzmiały tym razem jak fale Renu. Rzeka pod batutą Marcusa Boscha zgubiła gdzieś swoją szerokość. Mógł to być co najwyżej Ren w czasie suszy, w którym woda figlarnie ciurka miast wzbierać i napierać stopniowo całą swoją masą. Tej swoistej pełni, dostojeństwa i siły zabrakło w przedstawieniu jeszcze parę razy (np. dość wyraźnie w momencie powrotu Alberyka do Nibelheimu - scena 3).

Chciałoby się więc, by jasną gwiazdą tego przedstawienia byli przynajmniej soliści, wśród których naczelne miejsce przypada wykonawcy roli Wotana. Niestety, obsadzenie w tej roli pana Zalasińskiego nie było najtrafniejszym pomysłem. Zdaje się, że jest to jednak głos na Wotana za mały. W tej partii Polak brzmi bardzo nierówno. Górny rejestr wpada w swoiste rozwibrowanie, które byłoby do przyjęcia u Verdiego, ale nie w Wagnerze, gdzie moim zdaniem kontrola brzmienia musi być daleko bardziej perfekcyjna. To jednak nie jest największy grzech naszego śpiewaka. Pan Zalasiński parę razy zwyczajnie pogubił się w partyturze. Tu wszedł za szybko, tam za późno, gdzie indziej z kolei nie zdążył skończyć frazy. Niemiecka publiczność musiała wyłapać takie niedokończone zdania...

O ileż bardziej predysponowany do tej roli był odtwórca roli Alberyka! Antonio Yang radzi sobie ze swoją partią znakomicie, ale szlachetność brzmienia, nienaganne legato i swoista moc to wszakże cechy Wotana. Koreańczyk zresztą już w "Walkirii" i "Zygfrydzie" przejmuje partię naczelnego boga. To jest właśnie ów Wotan, który dopiero nadejdzie. Skąd takie roszady? Czyżby braki kadrowe? W każdym razie ciekaw jestem "Walkirii" z Antonio Yangiem.

W drugim ogniwie tetralogii wystąpi również odtwórca roli Logego. Tilmann Unger poradził sobie z rolą boga ognia bardzo dobrze. Czy równie sprawnie zaśpiewa Zygmunta? To wszak role pisane na nieco inny rodzaj tenora. Unger nie jest wszakże typowym, lekkim Loge, jego głos w istocie ciąży ku partiom bardziej bohaterskim.

Z obsady norymberskiego "Złota Renu" wypada jeszcze wyróżnić bardzo stylową Roswithę Christinę Müller w roli Fricki i dobrą Judith Schmid w roli Erdy. Niestety jej ostrzeżenie dla Wotana - tu znów przytyk w stronę dyrygenta - zabrzmiało trochę jak niegroźne pogróżki staruszki. Niedomagania orkiestry pod względem napięcia dramatycznego napawają niepokojem przed "Walkirią". Miejmy nadzieję, że filharmonicy norymberscy zdążą się rozkręcić.


wtorek, 23 maja 2017

Lakme, 14 maja 2017, Monachium

Lakme koncertowo


Opera o opłakanych skutkach religijnego fanatyzmu, ale też opera o fatalnym przeświadczeniu Europejczyków o wyższości ich kultury. Tak dziś możemy interpretować "Lakme". Był to też, i do dzisiaj pozostaje, uroczy egzotyczny obrazek. Żeby ten "obrazek" wystawić lub - jak w przypadku monachijskiego koncertowego wykonania - zagrać, trzeba przede wszystkim znakomitej primadonny. Inaczej całe przedsięwzięcie na nic. Melomani wszakże czekają przede wszystkim na dwa numery - kwiatowy duet Lakme i Maliki oraz tyleż sławną, co trudną arię z dzwoneczkami.
W Monachium wystąpiła w tej roli mało znana Kanadyjka Marie-Eve Munger. Większe role śpiewała dotąd przeważnie za oceanem. W Europie angażowana raczej do partii pomniejszych. Występem w Monachium udowodniła, że stać ją na wiele. Biegłość techniczna jest tu przyprawiona ciekawym brzemieniem, na którym odnaleźć można delikatny rys cierpienia. To Lakme bardzo frapująca. Czy Kanadyjka znalazła przepustkę na większe sceny? Trudno powiedzieć. W sopranach koloraturowych konkurencja jest dość ścisła. Jakkolwiek Lakme pani Munger bardzo przypadła mi do gustu, potrafiłbym wymienić kilka jeszcze efektowniejszych wykonawczyń.


Czy podoba się Państwu Lakme w interpretacji Marie-Eve Munger, można sprawdzić słuchając powyższego nagrania. To Lakme sprzed 3 lat. W Monachium moim zdaniem Kanadyjka zabrzmiała lepiej niż na tym filmiku.


Lakme Marie-Eve Munger miała w Monachium u swego boku niezłego Geralda. Reinoud Van Mechelen to tenor, a jeszcze ściślej haute-contre czyli głos bardzo wysoki, który płynnie i z łatwością przechodzi w rejestr falsetowy. Nie wszyscy lubią tego typu głosy, ale Mechelen, który na co dzień śpiewa głównie francuski repertuar barokowy, sprawdził się w repertuarze XIX-wiecznym bardzo dobrze. Głos ma młodzieńczy, pełen blasku, robi wrażenie czystością artykulacji i pewnością w całej skali. To świetny partner, zwłaszcza że "Lakme" to nie tylko wspomniane dwa numery. Delibesowi udały się tu także duety Geralda z tytułową bohaterką (akty 1 i 3). Przyjemnie jest też posłuchać kołysanki Lakme z aktu 3 oraz uwertury, w której pojawiają się tematy z dalszych części opery. W Monachium wszystko to brzmi świetnie. W czym z pewnością zasługę ma dyrygent Monachijskiej Orkiestry Radiowej - Laurent Campellone.

poniedziałek, 15 maja 2017

Wozzeck, Amsterdam, 8 kwietnia 2017

Wozzeck - zbrodniarz i ofiara

Jak wygląda najnowsza operowa produkcja Krzysztofa Warlikowskiego, wiedzą na razie tylko Ci, którzy mieli okazję widzieć "Wozzecka" w Amsterdamie. Niezamożni i niezbyt mobilni operomani mogą ją sobie jedynie wyobrażać słuchając transmisji radiowej. Patrząc na zdjęcia z przedstawienia, mam uzasadnione obawy, że reżyser utopił tytułowego bohatera w... akwarium.

źródło: operagazet.be


Ale nie nad tym będziemy się zastanawiać. Po wysłuchaniu audycji radiowej pozostaje jedynie napisać parę słów o muzyce. I nie jest to wcale łatwe, bo partytura Berga, jakkolwiek kunsztownie i w bardzo przemyślany sposób skonstruowana, należy chyba do najtrudniejszych do ugryzienia dań z całego operowego menu. To co zawsze sprawia mi trudność w słuchaniu tej muzyki to utrzymujące się nieustannie przez półtorej godziny dramatyczne natężenie. Chwile wytchnienia są doprawdy króciutkie. Jedna - to leniwa plama dźwiękowa kończąca pierwszą scenę drugiego aktu, kiedy Wozzeck zostawia Marie swój żołd. Druga to naturalny spadek napięcia tuż po tym, jak Wozzeck (swego rodzaju Otello à rebours, lub też Otello nizin społecznych) zabija swą kochankę. Poza tym - od początku do końca - narastający obłęd i partytura wypełniona antypatycznymi, agresywnymi postaciami. Jedynym wyjątkiem jest może pogodny i dobroduszny Andres - najbardziej ludzka postać tej tragedii. Wozzeck nie jest z pewnością dziełem, którego słucha się dla przyjemności.

Dlaczego zatem tak często wraca się do tej opery? Z pewnością dla świetnej warstwy dramaturgicznej. Zręby historii stworzonej przez Büchnera mają wybitne walory teatralne, co najlepsi reżyserzy potrafią znakomicie wykorzystać (odsyłam do wspaniałej realizacji Patrice'a Chereau sprzed ponad 20 lat). No i oczywiście z szacunku dla wartości muzycznej dzieła. Berg wykorzystał wprawdzie tradycyjne muzyczne formy, ale wypełnił je nowoczesnym materiałem dźwiękowym. Sam fakt, że "Wozzeck" powstał w tym samym czasie co "Turandot" już daje wiele do myślenia. Myślę, że dla słuchaczy droga, którą należy pokonać od np. właśnie Pucciniego do Berga jest znacznie dłuższa niż ta, która wiedzie od Berga do dzisiejszych twórców.

"Wozzeck" jest też sporym wyzwaniem dla wykonawców. Przyznać trzeba, że Marc Albrecht zespół muzyków przygotował bardzo precyzyjnie. Wrażenie robią bardzo przekonujące w warstwie dźwiękowej kreacje solistów. Najefektowniej prezentuje się Marcel Beekman w arcytrudnych, najeżonych "ozdobnikami" rolach kapitana i idioty. Tenor Holendra jest zadziwiająco elastyczny, jasny i pewny w całej skali.

Można powiedzieć, że "Wozzeck" to swoisty turniej trzech tenorów, przy czym do skompletowania obsady trzeba śpiewaków ze skrajnie różnymi możliwościami. O ile wspomniany kapitan to rola na bardzo wysoki tenor charakterystyczny, o tyle Andres to młodzieńczy tenor liryczny, może nawet spinto (w Amsterdamie uroczo zaprezentował się w tej roli młody Amerykanin, Jason Bridges), trzeci zaś z liczących się tu tenorów to Heldentenor - Tamburmajor (w omawianym spektaklu wcielił się weń dość sztampowy Frank van Aken).

Bardzo wysokiej próby jest interpretacja roli tytułowej. Pod względem czysto muzycznym Christopher Maltman jest świetny. Jego Wozzeck brzmi niesłychanie młodzieńczo, miejscami wręcz uwodzicielsko, co niestety niezbyt koresponduje z charakterystyką postaci - szeregowego żołnierza, biedaka i popychadła przełożonych, a przy tym zdradzonego kochanka, który swoją frustrację wyładuje w finale na Marie. Przydałoby się więcej chropawości. Taki nieco szlachetniejszy Wozzeck może z drugiej strony budzić w publiczności więcej współczucia. Przejmująca w roli Marie jest Eva-Maria Westbroek. W Amsterdamie to właśnie ona jest bardziej surowa, grubiej ociosana. Wozzeck wydaje się (biorąc pod uwagę same tylko wrażenia dźwiękowe) znacznie kruchszy od niej. Ale przecież on również jest ofiarą...

klip: fragment spektaklu