niedziela, 4 czerwca 2017

Die Götterdämmerung, Nürnberg, 4 czerwca


Doczekałem wreszcie ostatniej części Wagnerowskiej Tetralogii w wykonaniu norymberskiego zespołu pod batutą Marcusa Boscha. Upadek Walhalli dopełnił się, pierścień Nibelungów pochłonęły wody Renu, na ziemi pozostali już tylko przedstawiciele ludzkiej rasy.
Załóżmy, że cały nordycki panteon wraz z zastępem bohaterów istniał naprawdę. Gdyby mogli oni odśpiewać swą historię, otrzymalibyśmy pewnie najlepszy "Pierścień" w historii opery. Tymczasem operomani na całym świecie muszą zadowolić się teatralnymi dokonaniami zwykłych śmiertelników, spośród których nieliczni tylko zbliżają się do legendarnych bohaterów. Najbliżej Walhalli w Norymberdze był Antonio Yang, który w "Zmierzchu bogów" zaśpiewał Alberyka. Tym samym wystąpił we wszystkich częściach Tetralogii (w "Walkirii" i "Zygfrydzie" był Wotanem).
"Zmierzch bogów" był też niestety zmierzchem śpiewaków. Ostatnie ogniwo Tetralogii pod względem wokalnym wypadło w Norymberdze najgorzej. Poza wspomnianym Yangiem, który wszak pojawia się zaledwie w jednej scenie, godny uwagi był właściwie tylko Zygfryd Jürgena Müllera. Ten wielce doświadczony artysta z całej trójki heldentenorów, którzy pojawili się w tym Ringu najlepiej chyba pasował do powierzonej mu roli. Tilmann Unger (Zygmunt) brzmiał młodzieńczo, ale nie miał odpowiedniej mocy, nasycenia głosu. Vincent Wolfsteiner (Zygfryd w "Zygfrydzie") miał odpowiednią moc, ale brakowało mu urody brzmienia. Müller zaś łączy obie cechy. Od Zygfryda w "Zmierzchu bogów" Wagner wymaga, by ten, występując pod postacią Gunthera w scenie uprowadzenia Brunhildy, zmienił głos. Nie wszystkim tenorom udaje się spełnić wskazówkę kompozytora wyraziście. Müller radzi sobie z tym dobrze. Przebrany za Gibichunga gubi gdzieś słoneczny blask, by potem na nowo olśnić słuchaczy. Niestety rola okazała się nieco zbyt wyczerpująca. W trzecim akcie bowiem, Zygfryd wyraźnie niedomaga. Na śmierci Zygfryda należałoby w zasadzie poprzestać. Scena bowiem od tego momentu należy do Hagena i Brunhildy. Niestety zaangażowani do tych ról śpiewacy w całej obsadzie prezentowali się najgorzej. Pavel Shmulevich to głos na Hagena za mały i zupełnie nie diaboliczny, a wszak syn Alberyka to charakter najczarniejszy z czarnych. Z kolei w przypadku Brunhildy odbiorca może być już znudzony po raz trzeci słuchając dramatycznej walki z najwyższymi dźwiękami. Reszta obsady zaprezentowała się dość przeciętnie. Szczęściem na wysokości zadania stanęli filharmonicy norymberscy bod batutą wspomnianego już Marcusa Boscha.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz