wtorek, 15 sierpnia 2017

Koszmar nocy letniej

Operowe emocje tego lata to - przynajmniej dla mnie - droga przez mękę. W Aix postanowiłem obejrzeć nowego "Don Giovanniego", który choć wydawał się interesujący, okazał się dość przeciętny, nudny i teatralnie wtórny. Lipcowy "Trubadur" w Liceu - dobrze śpiewany, ale dla miłośników turpizmu i ramoty. "Hamlet" Bretta Deana w Glyndebourne - duża nadzieja i duże rozczarowanie. "Aida" w Orange - jak mawiają Włosi: horrenda! Na dodatek w pięknym głosie Anity Rachvelishvili słychać moim zdaniem oznaki zbliżającego się kryzysu wokalnego. Do "Aidy" w Weronie zrealizowanej przy użyciu historycznych dekoracji z 1913 roku wolałem się nawet nie zbliżać, za to nowa produkcja Salzburger Festspiele, mogła budzić nadzieję na artystyczną ucztę.

© Salzburger Festspiele | Monika Rittershaus

Cóż Państwu przypomina powyższe zdjęcie? Czyżby Francesco Meli jako Grigorij/Dymitr w najnowszej produkcji "Borysa Godunowa"? Nie, proszę Państwa, oto najnowsza "Aida". Gdybym wyłączył dźwięk w telewizorze, po podniesieniu kurtyny doszedłbym do wniosku, że oglądam scenę Pimena i Grigorija w Monaszterze Czudowskim. "Robi się ciekawie", pomyślałem i czekałem na rozwój wydarzeń, zapomniawszy, że w takich sytuacjach wyłącza się obraz i zostawia sam dźwięk, a nie na odwrót. Wchodzi Amneris. Od biedy mogłaby być Maryną, wygląda bowiem jak dość uniwersalne wyobrażenie księżniczki. Potem Aida - efektowna, pomalowana na ciemny brąz Netrebko z afro-dredo-warkoczami, za chwilę całkiem egipski faraon w otoczeniu dworzan w strojach kaukaskich (a może indyjskich?). Dodajmy, że niewolnice Amneris to zuniformizowana armia pań upozowanych na wczesną Ellę Fitzgerald. Akcja rozgrywa się wokół mało estetycznego, betonowego klocka, żłobionego we wzory niemal żywcem ściągnięte z tak modnych na naszej polskiej wsi ogrodzeń. Nie mogło też zabraknąć projekcji video, jako że omawiana produkcja jest operowym debiutem reżyserskim Shirin Neshat.

Irańska artystka do tej pory zajmowała się video artem, ma na koncie oprócz fotografii i instalacji video również film fabularny. W teatrze robiła dotąd właśnie projekcje. Przygotowała m.in. piękną oprawę filmową baletu "Burza" Krzysztofa Pastora na deskach TWON w Warszawie. Powierzenie jej reżyserii operowej i to w takim miejscu jak Salzburg było zatem sporym eksperymentem. Moim zdaniem niestety nieudanym. Nie sposób bowiem dociec, jaka myśl przyświeca temu scenicznemu, swoiście patetycznemu multi-kulti. Owszem, jest w tym spektaklu jeden moment, który daje do myślenia. Gdy Aida śpiewa w pierwszym akcie arię Rittorna vincitor, wiedząc dokładnie, co przyniesie właśnie wypowiedziana wojna, na ścianie wyświetla się projekcja: grupa smutnych, zmizerowanych ludzi. Kim są? Uchodźcy? W obliczu rozmaitych tragedii dziejących się w tej chwili na świecie, można poczuć pewien dysonans, przyglądając się zasiadającej na widowni grupie Europejczyków, oglądających napisany przed 150 laty dość luksusowy spektakl o nieszczęśliwej miłości... Dowiemy się za kilkadziesiąt minut, że ludzie z projekcji to Etiopczycy wzięci do niewoli przez wojska Radamesa, ale efekt mimo to pozostaje.

Salzburska Aida jest dosyć statyczna. Wydaje się, że Shirin Neshat zdała się na aktorskie umiejętności swoich solistów. Daje to bardzo zróżnicowane efekty. Ramfis i faraon nie muszą w zasadzie nic robić, wystarczy, że wchodzą, śpiewają swoje i wyglądają dostojnie. Netrebko jest po prostu sobą i wypada dość naturalnie. Szczęśliwie nie przesadziła z teatralnymi pozami a'la Galina Wiszniewska. Ekaterina Semenchuk kreująca Amneris postawiła na sprawdzone gesty z lat 70. Francesco Meli niekiedy wyglądał na trochę zagubionego, ale jak na niego i tak wypadł aktorsko całkiem poprawnie.

A jako salzburska "Aida" wypada pod względem muzycznym? Spektaklowi nie można wiele zarzucić. Wymienione nazwiska śpiewaków plus Riccardo Muti za pulpitem dyrygenckim muszą zapewnić odpowiedni poziom. Z pewnością najbardziej wyczekiwany przez publiczność był debiut Anny Netrebko w roli Aidy. Rosyjska primadonna swoich fanów (do których niekoniecznie się zaliczam) nie zawiodła. To, co najlepsze w tej roli, to piękne kantyleny, wielkiej urody górne dźwięki i piękne, subtelne piana. Mnie zabrakło nieco subtelności w momentach bardziej dynamicznych. Poszczególne numery (arie: Rittorna vincitor; O patria mia oraz duet: O terra addio) wypadają wszakże zjawiskowo.

© Salzburger Festspiele | Monika Rittershaus


Francesco Meli to dobry partner dla megagwiazdy. Zakładam, że lepszy niż śpiewający w drugiej obsadzie małżonek pani Netrebko, Yusif Eyvazov. Zalety Włocha to elegancja oraz wyważona, subtelna interpretacja. Głosowo było nieźle, choć miejscami Meli docierał do granicy, za którą zaczyna się krzyk. Nie wszystkim może się podobać nieco płaczliwa artykulacja, swoiste zawodzenie tego tenora. Celeste Aida, aria - pogromczyni Radamesów brzmi dobrze do momentu osławionego finałowego B, które Verdi opatrzył wskazówką morendo (jednoczesne wyciszenie i zwolnienie tempa). I to właśnie morendo kosztuje Meliego więcej wysiłku niż wszystkie późniejsze forte. Tenorzy niekiedy lekceważą wskazówkę kompozytora. Ale w Salzburgu za pulpitem stał Riccardo Muti - surowy strażnik partytury... Amneris Ekateriny Semenchuk mogła się podobać. Można tu dostrzec pewne podobieństwa do Obrazcowej, choć Białorusinka jest nieco subtelniejsza od zmarłej rosyjskiej divy. Cała wymieniona trójka najsłabiej wypadała we wspólnych zbiorowych scenach. Ich głosy na festiwalowej scenie jakoś nie mogły się "spotkać". Do udanych występów "Aidę" mogą zaliczyć Luca Salsi (Amonastro), Roberto Tagliavini (faraon) i Dmitry Belosselskiy (Ramfis). Warto posłuchać. Oglądać, jako się rzekło, niekoniecznie. Letnie, operowe noce wypełniają w tym roku niestety inscenizacyjne koszmary.

klip: koszmar Aidy Anna Netrebko osładza na szczęście swoim głosem

3 komentarze:

  1. A mnie się ta produkcja podobała, byłam szczerze wdzięczna reżyserce za brak koni, słoni, itd oraz ograniczenie baletu na ile się dało. Mnie ten ascetyzm odpowiadał. Też planuję recenzję, może wtedy pogadamy o szczegółach. Natomiast prawdziwy festiwalowy koszmar to była salzburska "łaskawość Tytusa" i to mimo świetnej Marianne Crebassy. Mam dreszcze na samo wspomnienie. Lepiej jednak chyba trzymać się Glyndebourne.A w kryzys AR nie wierzę, może miała gorszy dzień, zdarza się.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też będę bronić tego spektaklu - dla mnie wizualnie bardzo dobra inscenizacja. O Francesco Melego bałam się, że się "posypie", bo wydawał się taki zagubiony i strasznie miał spięty głos.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mogę go bronić jedynie muzycznie, ale to w sumie jest świetne, że jedna rzecz może tak różnić.

      Usuń